jesteś na: Strona głównaO Rotmistrzu...

Witold Pilecki: Niezłomny

2012-11-07



Czy rotmistrz Witold Pilecki znał w chwili zakończenia wojny ostatni rozkaz dowódcy Armii Krajowej? Nie ma wątpliwości, że jako były oficer Komendy Głównej AK nie tylko znał, ale i pewnie wielokrotnie analizował słowa generała Leopolda Okulickiego, by dobrze zrozumieć, czego wymagał on od swych żołnierzy, zwłaszcza od oficerów. A generał pisał wyraźnie: "Polska według rosyjskiej recepty nie jest tą Polską, o którą bijemy się szósty rok z Niemcami, dla której popłynęło morze krwi polskiej (...). Obecne zwycięstwo sowieckie nie kończy wojny (...). Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości (...). Starajcie się być przewodnikami Narodu (...). W tym działaniu każdy z Was musi być dla siebie dowódcą".

Nie było więc pytania o potrzebę kontynuacji prac zapoczątkowanych w ramach podziemnego państwa Polaków czasu wojny. Jedyne pytanie dotyczyło formy "dalszej pracy i działalności". Dotyczyło tego, jak "być dla siebie dowódcą". W jaki sposób wykorzystać swoje najlepsze osobiste przymioty i umiejętności w pracy na rzecz "naszej świętej Sprawy" - jak o niepodległości Polski pisał dowódca AK.
Dla człowieka prawego, człowieka zasad, jakim bez wątpienia był Witold Pilecki, ten rozkaz był jednoznaczny. Gdyby zaniechał walki, zaprzeczyłby swemu dotychczasowemu życiu. Harcerz wileński, uczestnik wojny z bolszewikami, dobrowolny więzień Auschwitz nie mógł inaczej postąpić. Nie wiemy, czy wierzył - tak jak chłopcy z lasu - w interwencję niedawnych aliantów z Zachodu. Czy wierzył w zapowiedziane wybory parlamentarne, które miały stworzyć fundament pod demokrację w Polsce. Chyba nie. Miał do czynienia z bolszewikami od wczesnej młodości, walczył z nimi i wiedział, że liczą się tylko z argumentem siły - takim jak ten z sierpnia 1920 roku. Polska roku 1945 takich argumentów już nie miała. Wykrwawiona wojną, pozostawiona sama sobie przez sojuszników, dla których Stalin był gwiazdą sezonu 1945, mogła dokonać wyboru tylko w granicach trafnie zakreślonych w gorzkim wierszu Mariana Hemara, opublikowanym już w styczniu 1945 r. w "Dzienniku Polskim":

W nowym, cudnym, rajskim świecie,
Co rozwiera się przed nami,
Tak będziemy suwerenni,
Jak życzymy sobie sami.
Jak zechcemy - pańscy, chłopscy,
Robotniczy lub endeccy.
Pod warunkiem, naturalnie,
Że będziemy prosowieccy...
Politycznie - niepodlegli.
Ustrojowo - szmer podziwów.
Naturalnie, pod warunkiem,
Że w sowieckiej strefie wpływów...

Rzeczywistość okazała się jeszcze gorsza, poecie nie starczyło wyobraźni, by ją wyrazić. "Rozwiązujemy zagadnienie wolności na podstawie układu siły, która się w Polsce kształtuje i która decyduje (...). Polityka jest jasna i prosta. Taka jest prosta, jasna formułka naszej demokracji" - zapowiedział cynicznie Jakub Berman, partyjny nadzorca bezpieki i cenzury, szara eminencja partii komunistycznej w Polsce.
Pilecki pozostał wierny swoim ideałom. Najpiękniej wyraził ich istotę przed komunistycznym sądem, wyjaśniając, dlaczego nie przyjął propozycji współpracy z komunistami: "Byłem polskim oficerem i do momentu aresztowania wykonywałem rozkazy (...). Jakkolwiek rozumiałem, że może to zmienić moją sytuację na korzyść, nie mogłem zdecydować się na publiczne oskarżanie na rozprawie sądowej tych ośrodków [na uchodźstwie - PSz], gdyż zrozumiałem, że oficer, który oczernia swój oddział macierzysty, zasłuży sobie u każdego na pogardę". O czym mówił? O honorze!
Pierwszy raz w życiu ten urodzony żołnierz nie wykonał rozkazu o powrocie do Włoch, gdzie byłby bezpieczny. Chciał, by jego los tu, w Polsce, się dopełnił. O czym myślał późnym wieczorem 25 maja 1948 r. w obliczu nadchodzącej śmierci? Mówią, że w takich chwilach całe życie staje przed oczyma. Więc pewnie zobaczył siebie z matką, opowiadającą mu w dalekiej Karelii o Polsce. Zobaczył siebie wśród harcerzy 8. Wileńskiej Drużyny, którą sam założył. Zobaczył legendarnego Jerzego Dąbrowskiego "Łupaszkę", pod którego rozkazami służył w samoobronie wileńskiej. Zobaczył Matkę Bożą z Ostrej Bramy, której wówczas bronił i doznał ukojenia. Na filmie życia zobaczył też jednak straszne sceny z więziennej drogi do bramy Auschwitz: dziesięciu młodych Polaków zastrzelonych przez esesmanów dla zabawy i ich okrwawione ciała ciągnięte na rzemieniach za jedną nogę pod bramę. Zobaczył żonę i dzieci, i zasmucił się, bo poczuł się winny wobec nich. Zachowały się ostatnie listy więźniów politycznych skazanych na śmierć, pisane do najbliższych. Nie ma w nich lęku, tylko przejmujący smutek i poczucie winy, bo bliscy cierpieć będą, będą prześladowani. Tak było i w przypadku rodziny rotmistrza.

MY i ONI
W związku z 60. rocznicą śmierci Witolda Pileckiego przypomina się i rozpowszechnia w internecie słowa adwokata, wypowiedziane podczas procesu "rehabilitacyjnego" Witolda Pileckiego w roku 1990: "Nie jesteśmy lepsi od Niemców i Rosjan, ponieważ potrafiliśmy własnymi rękami mordować swoich bohaterów" ... Pomińmy miłosiernie nazwisko tego "obrońcy" - tym bardziej że, jak wynika z kontekstu całej wypowiedzi, miał dobre intencje. Zastanówmy się raczej nad mimowolnym okrucieństwem tych bezmyślnych słów, nad ich głęboką nieprawdą i nad ich życiem we współczesnej nam Polsce.
Ja nie poczuwam się do tego MY, nie poczuwam się do żadnej ideowej czy duchowej więzi z sowieckimi nadzorcami powojennej Polski ani z ich kolaborantami. Jestem głęboko przekonany, że tak samo myśli zdecydowana większość Polaków. Nawet ci, którzy byli bierni wobec tego, co się działo w kraju rządzonym przez komunistów. Myślę, że ta bierność wynikała raczej z braku wiary, z pragnienia "normalnego życia" po latach okrutnej wojny i wyniszczenia. Pragnienia, które było tak silne, że karmiło się kłamstwami i odnajdywało "normalność" w pozorach wolności.
Mieliśmy przez cały okres komunistyczny, nie tylko w czasie największej opresji końca lat 40. i początku lat 50., ostrą świadomość podziału: MY i ONI. Mieli ją także od początku komuniści. Kiedy 30 grudnia 1955 r. w gmachu Komitetu do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie dekorowano wysokimi odznaczeniami państwa komunistycznego doradców sowieckiej bezpieki, pracujących w peerelowskim aparacie bezpieczeństwa od 1944 r., dziękowano im za "trud, jaki wnieśli w przygotowanie i ukierunkowanie pracy funkcjonariuszy bezpieczeństwa w walce ze wspólnym wrogiem klasowym". To jest właśnie sowiecko-kolaboranckie MY, przeciwstawione całemu Narodowi Polskiemu. "Wspólny wróg" Sowietów oraz ich kolaborantów z bezpieki to ludzie formacji Witolda Pileckiego. Ich śmierci gratulowali sobie wzajemnie i fetowali zwycięstwo podczas pożegnalnego spotkania. Więc niech nikt po latach nie opowiada nam, że Polacy zamordowali "własnymi rękami" Witolda Pileckiego i że w związku z tym "nie jesteśmy lepsi od Niemców i Rosjan"! Niech nikt nie rozpowszechnia podobnych głupstw!

Bohaterowie, nie "ofiary"
Inne głupstwo dotyczy stosunku do naszych bohaterów zamordowanych po wojnie. Nie pozwalamy im być bohaterami! We wszystkich relacjach medialnych, dotyczących powojennych zbrodni politycznych i odpowiedzialności żyjących jeszcze siepaczy, eksponuje się "zgodność" lub "niezgodność" ich postępowania z "obowiązującym wówczas prawem". Pisze się, że "Anoda" został aresztowany "na podstawie sfabrykowanych oskarżeń"; że "Inka" nie strzelała do ubeków, więc nie zasługiwała na karę śmierci; że rotmistrz Pilecki "nie popełnił czynów, za które go oskarżano"; że generał "Nil" nie zajmował się po wojnie konspiracją przeciwko Sowietom, a major "Łupaszko" nie strzelał do sowieckich partyzantów na Wileńszczyźnie. Mówi się, że oni wszyscy byli "niewinnymi ofiarami". Nieprawda! Ofiarami byli przypadkowi ludzie chwytani w ulicznych łapankach, rozstrzeliwani jako zakładnicy, wywożeni do obozów koncentracyjnych, deportowani w głąb Związku Sowieckiego. "Nil", "Łupaszko", "Ogień", "Warszyc", "Anoda", "Inka" i tysiące innych, wśród nich na szczególnym miejscu rotmistrz Witold Pilecki, nie byli ofiarami, lecz bohaterami walczącymi o niepodległy byt Polski. Byli ludźmi niezłomnymi. Takich pamiętajmy. Takich czcijmy! Są nam potrzebni jako wzory odwagi i prawości, a nie jako "ofiary systemu". Są nam potrzebni tacy, jacy byli, a nie tacy, jakimi nam się wydaje, że byli. Niewinni nie dlatego, że nic nie robili! Niewinni dlatego, że to, co robili, nawet wtedy, gdy strzelali i zabijali, czynili dla niepodległej Polski. Filozof Seneka, charakteryzując człowieka niezłomnego, powiedział, że można go złamać, ale nie można go zgiąć ("frangas, non flectes"). Można ich było złamać, unicestwić fizycznie. Nie można jednak było ich zgiąć, odmienić, sprawić, by stali się inni. Dlatego zadbano nie tylko o ich śmierć, lecz także o ich groby, których do dziś nie możemy odnaleźć, i o ich pamięć, którą wielokrotnie zbrukano. Naszym zadaniem jest przywrócenie im dobrej sławy.
A co z oprawcami? Jest tylko jeden klucz do ich identyfikacji. W roku 1991 Sejm RP przyjął ustawę o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. Na podstawie tej uchwały sądy polskie unieważniły liczne wyroki polityczne komunistycznych sądów w Polsce. Każdy z sędziów, prokuratorów i śledczych, który uczestniczył w sprawach przeciwko osobom walczącym o wolną Polskę, powinien ponieść konsekwencje - nawet wtedy, gdy działał "zgodnie z ówczesnym prawem". Jeśli tak się nie stanie, pokażemy, że mamy za nic niepodległość!

Piotr Szubarczyk
Nasz Dziennik

Sobota-Niedziela, 24-25 maja 2008, Nr 120 (3137)