jesteś na: Strona głównaO Rotmistrzu...

Pamiętałem, że nie można stracić nadziei

2012-11-07



Z Kazimierzem Piechowskim, byłym więźniem (nr 918) i organizatorem brawurowej ucieczki z niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, harcerzem, żołnierzem AK, pisarzem, tłumaczem i podróżnikiem, rozmawia Mariusz Bober

Jak udało się Panu uciec z najbardziej strzeżonego obozu II wojny światowej, w którym Niemcy wymordowali najwięcej ludzi z różnych krajów Europy?

- Auschwitz powstał po to, by realizować dwa przeklęte plany niemieckie: ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, i drugi - bardziej groźny i bardziej nastawiony na unicestwianie życia - Generalny Plan Wschodni. Przez ostanie miesiące przed ucieczką pracowałem w magazynach gospodarczych dla oddziałów SS. Przed południem wyładowywaliśmy wagony, a później załadowywaliśmy różne rzeczy na ciężarówki. Magazyny te zaopatrywały oddziały SS od Wrocławia aż do Dniepropietrowska. W garażach przyległych do magazynów pracował znajomy, Eugeniusz Bendera, z pochodzenia Ukrainiec. Był świetnym mechanikiem, naprawiał nawet samochody, z którymi nie radzili sobie niemieccy mechanicy. Gienek był wielkim ryzykantem, ale zawsze miał szczęście i się nie poddawał. Kiedyś, na początku czerwca 1942 r., przyszedł do mnie i mówi: "Kazek, jestem na liście do rozwałki, a może do gazu...". Zapytałem go: co możemy na to poradzić? Po chwili milczenia odparł: "A czy nie można stąd uciec?". Odpowiedziałem, że ze środka obozu nie da się uciec. Wtedy on powiedział: "Słuchaj, mógłbym zorganizować samochód, może dałoby się coś zrobić?". Szansę ucieczki upatrywał także w wykorzystaniu mojej bardzo dobrej znajomości języka niemieckiego. Gienek zmusił mnie do myślenia swoją niezachwianą wiarą w możliwość ucieczki. Początkowo nic mi nie przychodziło do głowy, mimo iż przez wiele nocy zastanawiałem się nad tym.

Ale nie rezygnował Pan?
- Nie i pewnego razu przypadkowo wpadłem na pomysł, gdy esesman kazał mi wejść na piętro magazynu i przynieść kilka kartonów. Choć wiele razy tam wchodziłem, wcześniej nie zauważyłem drzwi z napisem "Magazyn odzieży". Zastanowiło mnie to - jaka może być odzież u esesmanów? Mundury! Znów przypadek sprawił, że upewniłem się, iż rzeczywiście tam są, a oprócz tego broń i amunicja. Potem przyszło nam do głowy, kiedy można zorganizować ucieczkę - tylko w sobotę, bo wtedy większość Niemców wyjeżdżała na wypoczynek. Pewnego razu wezwano nas do rozładunku koksu. Wraz z innym więźniem mieliśmy zejść do pomieszczenia w dolnej części budynku, gdzie zsypywano koks, i rozgarniać go. Tam zauważyłem, że stalowe klapy, zamykające włazy do bunkra na koks, zamykane były od środka śrubami łączącymi stalowe klapy z uchwytem wystającym z betonowego stropu. Spełniały rolę kłódki. Po skończonym wyładunku osobiście zakręcałem nakrętki na śruby wetknięte przez stalowe ucha. W dniu ucieczki usunąłem śruby, tak by można było z zewnątrz otworzyć właz i dostać się do środka budynku, w którym znajdował się magazyn odzieży.

Wtedy wpadli Panowie na pomysł, by uciec w przebraniu esesmanów?
- Wówczas myśleliśmy o tym. Ale najpierw pewnej nocy przypomniałem sobie ostrzeżenie komendanta obozu: za ucieczkę jednego więźnia z bloku zginie dziesięciu więźniów z bloku, a za ucieczkę 1 więźnia z komanda pracy - również 10 osób z komanda. Następnego dnia powiedziałem Gienkowi: "Nie możemy uciec, bo za nas zabiją dwadzieścia osób". Mimo to nie przestawałem się nad tym zastanawiać, także w nocy, gdy nie mogłem zasnąć, leżąc na pryczy. Którejś nocy nagle jak piorun przemknęła mi myśl: trzeba stworzyć fikcyjne komando - uciec, zabierając wózek komanda, które woziło śmieci. Mniejsze takie wózki, ciągnięte przez czterech więźniów, wywoziły np. odpadki z kuchni poza teren obozu głównego. W ten sposób mieliśmy prawie zamknięty plan ucieczki, brakowało tylko dwóch chętnych, bo trzeba było czterech więźniów, by pchać wspomniany wózek. Gienek namówił znajomego księdza Józefa Lemparta. Ja znalazłem młodego harcerza Stanisława Jastera.

Czyli w przypadku ucieczki przez bramę z wózkiem Niemcy nie powinni ukarać innych więźniów?
- Nie, ponieważ nie mieli powodu. Nie uciekliśmy z bloku ani z komanda pracy, a uciekało całe fikcyjne komando, w dodatku przez bramę. Winni byli więc strażnicy.

Wróćmy do przygotowywania akcji...
- Przed samą ucieczką zrobiliśmy jeszcze małą zbiórkę i sprawdziliśmy wszystkie elementy: m.in. czy samochód jest sprawny i zatankowany paliwem, czy jest odblokowana klapa umożliwiająca dostanie się do magazynów SS i czy jest dla mnie żółta opaska Vorarbeitera, którą miał przygotować Staszek Jaster, potrzebna do wyjazdu naszego komanda poza bramę. Upewniwszy się, że wszystko jest przygotowane, Gienek, który nigdy nie wspominał o wierze, powiedział: "Bóg nam dopomóż"...

Wtedy zaczęła się ucieczka?
- Ruszyliśmy najpierw pod kuchnię, pod którą stał wózek. Były na nim akurat odpadki, papiery itp. Nałożyłem opaskę Vorarbeitera i pociągnęliśmy wózek w kierunku bramy głównej. Zatrzymaliśmy się przed nią i zameldowałem strażnikowi po niemiecku, że wywozimy odpadki. Odetchnąłem, strażnik uwierzył i przepuścił nas. Gdyby zauważył cokolwiek podejrzanego i sprawdził w książce odnotowującej wyjazdy, to wiedziałby, iż ten wyjazd nie był wpisany. Ale byłem przekonany, że potraktuje wyjazd rutynowo. Przecież codziennie takie komanda pracy wyjeżdżały poza bramę. Na szczęście się nie pomyliłem. Za bramą przejechaliśmy wózkiem uliczkami i porzuciliśmy go, gdy dojechaliśmy w pobliże garażu, w którym czekał samochód przygotowany przez Gienka. Był to Steyer 220 należący do zastępcy komendanta obozu.

Ale nie mieli Panowie jeszcze mundurów...
- I właśnie wtedy poszliśmy do magazynu mundurów. Gienek miał przyprowadzić samochód. Umówiliśmy się, że jeśli wszystko będzie w porządku, damy mu znak przez właz w dachu. Gdy ubraliśmy mundury esesmanów, daliśmy mu znak. Wtedy podjechał samochodem pod rampę. Załadowaliśmy jeszcze do auta broń. Gienek przebrał się też w mundur i ruszyliśmy do bramy zewnętrznej. Teraz przed nami była ostatnia przeszkoda - nie wiedzieliśmy, jak odbywa się procedura przejazdu przez bramę samochodu zastępcy komendanta. Na moje pytanie Gienek odparł zdenerwowany: "Przecież jedziemy samochodem zastępcy komendanta, w mundurach SS, przecież strażnicy znają ten samochód. Któremu z nich przyjdzie do głowy, że jadą nim więźniowie? Zobaczysz, co się będzie działo". Więc patrzyliśmy. Do przejechania do bramy zostało nam jakieś 150 metrów, szlaban wciąż opuszczony. Gienek jedzie dalej. Zbliżyliśmy się na odległość ok. 80 metrów, szlaban nadal opuszczony. Dojeżdżamy do szlabanu, strażnik nie reaguje. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w razie wpadki nie możemy zaatakować żołnierzy, bo mogliby potem z zemsty rozstrzelać nawet tysiące więźniów. Planowaliśmy więc, że zastrzelimy się na miejscu. Myślałem już, że nadszedł ten moment. W tej chwili ks. Józek uderzył mnie z tyłu w plecy i krzyknął do ucha: "Kazek, zrób coś!". Ocknąłem się. Otworzyłem drzwiczki samochodu, tak żeby strażnik widział oznaki oficera, i krzyknąłem po niemiecku: "No jak, d... jeden, czy mam sam wyjść i podnieść ten szlaban? Ja mogę wyjść, ale pożałujesz tego!". Użyłem niecenzuralnych słów, ale musiałem mówić tak, jak Niemcy mówią. Strażnik wstał i zaczął podnosić szlaban... Odetchnęliśmy. Gienek ruszył, strażnik zasalutował. Byliśmy wolni.

Jak zareagowali Niemcy po ucieczce, rzeczywiście nie ukarali więźniów?
- Po zakończeniu wojny spotkałem kolegę, z którym próbowałem przedostać się w 1939 r. na Węgry. Alek Kiprowski został w obozie. Przeżył. Potwierdził moje przekonanie, że nie ukarali nikogo, ponieważ uciekliśmy jako całe komando pracy. Nie mieli więc kogo ukarać. Gdy zorientowali się, że uciekliśmy w przebraniu esesmanów, kazali zablokować wszystkie drogi. Było już jednak za późno. Musieli też wysłać meldunek do Berlina. Na drugi dzień ekipa wyższych oficerów przyjechała do Auschwitz. Zaczęli od tego, że siedmiu oficerów z kadry w obozie wysłano na front wschodni. Byli wściekli do tego stopnia, że doszło do szarpaniny z ukaranymi. Pytali ich: "Jak było możliwe to, co wydawało się niemożliwe, aby w waszych mundurach, waszym samochodem i z waszą bronią wyjechać z Auschwitz? Przecież to jest wasz pogrom! Ci stłamszeni, czekający na śmierć, wykręcili wam taki numer! Przecież trzeba było mieć głowę, żeby coś takiego wymyśleć, a wy nie mieliście jej, by przeciwstawić się tym - trzeba przyznać - sprytnym więźniom".

Co pomogło Panu, 20-letniemu młodzieńcowi, w chwili aresztowania przetrwać piekło obozu? Formacja harcerza, wychowanie rodzinne, pochodzi Pan ze starej pomorskiej rodziny szlacheckiej.
- Genealogia mojej rodziny sięga XIV w., ale wiadomo, że jeszcze wcześniej moi przodkowie musieli zamieszkiwać Kaszuby. Z czasem jednak powstały jakby dwie gałęzie rodziny. Ci, którzy pozostali wierni Rzeczypospolitej, nazywali się Piechowscy. Ale część rodziny poddała się Krzyżakom i do tej pory mieszkają w Niemczech von Piechowscy. Nawet pisali do mnie listy, proponując spotkanie. Natomiast w przetrwaniu obozu pomogła mi m.in. formacja harcerska. Trzy czwarte drugiego transportu do Auschwitz to byli harcerze. Niemcy traktowali nas strasznie. Wszyscy byli bici, maltretowani. Okrucieństwem odznaczali się zwłaszcza więźniowie funkcyjni - Niemcy rekrutowani spośród kryminalistów. Nosili specjalne oznaczenia - zielone trójkąty. Jednak gdy przybywały kolejne transporty, Niemcy nie mogli sami wszystkim zarządzać. Dopuszczali więc więźniów do sprawowania pewnych funkcji: lekarzy i pielęgniarzy w szpitalach, tzw. pisarzy. Mieliśmy nawet ludzi pracujących w obozowym gestapo. To oni mieli dostęp do spisów więźniów przeznaczonych na śmierć. To właśnie oni ostrzegli Gienka, że jest na takiej liście śmierci. Po początkowym strachu wywołanym terrorem otrząsnęliśmy się i uznaliśmy, że musimy się zorganizować. Zresztą byliśmy w harcerstwie przygotowywani do współdziałania i organizowania się. Zawiązał się ruch oporu. W tym czasie do obozu przeniknął rotmistrz Witold Pilecki, zresztą też harcerz. Dzięki niemu funkcjonowanie obozowego ruchu oporu zostało powiązane z działaniem ruchu oporu za drutami. Taka organizacja sprawiała, że ogromną pomoc otrzymywali zwłaszcza ci najsłabsi więźniowie.

Zetknął się Pan z rotmistrzem Witol dem Pileckim w obozie?
- Tak, choć byłem zwykłym, szeregowym członkiem ruchu oporu. Byliśmy zorganizowani w pięcioosobowe grupy. Członkowie jednych grup nie znali członków innych piątek.

Spotkał Pan również inną znaną postać, św. o. Maksymiliana Marię Kolbego. Uczestniczył Pan w apelu, podczas którego ofiarował on swoje życie za współwięźnia. Znał Pan o. Kolbego?
- Byłem z nim na jednym bloku. Akurat wtedy udało się komuś uciec z obozu, właśnie z tego bloku. Komendant obozu Rudolf Hess zarządził rozstrzelanie dziesięciu więźniów, zgodnie z tym, co zapowiadali. Zastępca komendanta Karl Fritzsch wybierał osobiście więźniów przeznaczonych na egzekucję. Gdy wyrok padł na jednego z mężczyzn, zawołał pełnym rozpaczy głosem: "Jezus, Maria, moje dzieci". Kiedy wyprowadzono już wszystkich więźniów skazanych na śmierć, o. Kolbe wyszedł przed szereg wyprostowany i stanął przed Fritzschem. "A ty czego tu szukasz" - wrzasnął Fritzsch. "Ja, panie komendancie, chcę pójść na śmierć za tego więźnia" - odpowiedział o. Kolbe. "Zwariowałeś, dlaczego chcesz to zrobić?" - spytał esesman. "Bo ja jestem już stary, a on ma dzieci" - odparł zakonnik. Wśród Niemców zapanowała konsternacja. Zaczęli naradzać się między sobą. W końcu Fritzsch machnął ręką: "W porządku, to niech ten idzie". Zaprowadzili o. Kolbego do celi śmierci. Do dziś jest ona stale udekorowana. Po tygodniu dozorujący skazańców zameldował, że siedmiu zmarło, a trzech wciąż żyje. Wśród nich o. Kolbe. Po czterech dniach już tylko on był przy życiu. Niemcy się dziwili. Kazali go "zaszpilować", to znaczy wstrzyknąć śmiertelny zastrzyk z fenolu.

Jak go Pan zapamiętał?
- Ojciec Kolbe już za życia był święty. W obozie spowiadał więźniów i odprawiał Msze św., choć wiedział, że groziła za to śmierć. Pocieszał, podtrzymywał na duchu. My, byli więźniowie, pamiętamy o nim. Zmarły parę miesięcy temu Staszek z Warszawy, współwięzień, ufundował w jednym z kościołów w Wejherowie witraż z wizerunkiem o. Kolbego. W wielu kościołach znajdują się takie pamiątki ufundowane przez byłych więźniów.

Uczestniczył Pan w Mszach św. odprawianych przez o. Kolbego?
- Rzadko. Niewielu więźniów mogło w nich naraz uczestniczyć, zarówno ze względu na brak miejsca, jak i obawę przed wykryciem tego przez Niemców. Pamiętam, jak w pewną niedzielę, gdy pozwolono nam spacerować, spotkałem o. Kolbego. Gdy mijaliśmy się, zatrzymał się i zapytał: "No, jak tam?". Przystanąłem i odpowiedziałem: "Nie ma się czym chwalić". Położył mi rękę na ramieniu i powiedział: "Wiem, że jest ci ciężko, ale tu nikomu nie jest łatwo. Pamiętaj - nadzieja, tylko nadzieja". I odszedł. W trudnych chwilach pamiętałem o tym, iż nie można stracić nadziei. Nadzieja umierała ostatnia.

Trafił Pan do obozu po tym, jak został Pan złapany podczas próby przedarcia się przez granicę i dołączenia do tworzonych we Francji polskich jednostek wojskowych. Po ucieczce dołączył Pan do polskich oddziałów, ale Armii Krajowej, i prowadził Pan walkę w jej szeregach od 1942 roku...
- Tak, zresztą nie miałem wyboru. Byłem przecież poszukiwany przez Niemców. Za wiadomość o którymś z uciekinierów wyznaczyli nagrodę - w przeliczeniu pół miliona złotych.
Wstąpiłem więc do AK. Walczyłem w okolicach Końskich, Pińczowa, Jędrzejowa i Kielc. Partyzantka nie jest taka, jak to wyobraża sobie wielu ludzi i jak to było przedstawione w wielu filmach. Nie polega więc na paleniu ognisk i śpiewaniu, a od czasu do czasu przeprowadzaniu akcji bojowych. Przede wszystkim nie byliśmy sami. Armia Krajowa była największą i najbardziej prężną podziemną organizacją zbrojną. Ale działały też oddziały Armii Ludowej, Narodowe Siły Zbrojne, Bataliony Chłopskie, a także oddziały sowieckie, najlepiej uzbrojone. Armia Krajowa walczyła zarówno z Niemcami, jak i z Sowietami. Ludowcy, proszeni przez AK, czasami szli do wspólnej walki z Niemcami. Częściej jednak współpracowali z oddziałami sowieckimi, od których dostawali broń. NZS zajmowały się głównie zwalczaniem Sowietów, a czasami także AL. Formacje Armii Krajowej w 1944 r. były silniejsze od formacji Wehrmachtu i dyktowały warunki na terenie swoich działań. Wehrmacht nie dawał już rady walce na froncie, a jednocześnie z różnymi ugrupowaniami podziemnymi. Dlatego w tym czasie skupiał się już tylko na obronie. Armia Krajowa dokonywała różnych brawurowych akcji.

Koniec wojny nie przyniósł Panu wolności. Został Pan szybko aresztowany przez komunistów...
- Po zakończeniu wojny myślałem, że żyję w wolnym kraju, zacząłem więc pracować. Jeden z robotników doniósł do bezpieki, że byłem w AK. Podczas przesłuchania spytano, dlaczego się nie ujawniłem, zgodnie z przepisami, które weszły wówczas w życie. Dokonali przeszukania w moim domu. Znaleźli załadowany pistolet, który oczywiście sami podrzucili. Dostałem 10 lat więzienia. Miałem szczęście, za to można było dostać dożywocie. Po pewnym czasie jednak wysłano mnie do pracy w kopalniach, m.in. w kopalni "Niwka", fedrować węgiel dla Sowietów. W sumie odsiedziałem 7 lat. Po zwolnieniu postanowiłem dokończyć studia.

I założyć rodzinę?
- Tak. Niestety, nie mogliśmy mieć dzieci. Adoptowaliśmy chłopca z sierocińca. Dziś jest już dorosłym mężczyzną. Po pewnym czasie żona zmarła. Trudno mi było sobie radzić z domowymi obowiązkami. Ożeniłem się powtórnie. Kupiłem trochę ziemi na skraju Gdańska. Wkrótce potem została zakwalifikowana jako teren pod zabudowę. Jej ceny gwałtownie wzrosły. Dzięki sprzedaży gruntów zdobyłem pieniądze na godne życie i zostało jeszcze na realizację życiowego marzenia...

Podróżowania?
- Tak. O podróżach marzyłem już jako chłopiec. Gdy miałem 5 lat, podczas pobytu u dziadka poprosiłem mamę, by dała mi 50 gr, które miałem w swojej skarbonce. Przed wojną za taką sumę można było np. zjeść obiad w restauracji. "Po co ci te pieniądze?" - spytała mama. "Bo ja chcę iść w świat" - odpowiedziałem. Mama spytała wtedy, dokąd zamierzam iść. Uparłem się i mama dała mi pieniądze. Wyszedłem z domu. Gdy obejrzałem się za siebie, zrobiło mi się trochę smutno, ale szedłem dalej. Jednak gdy straciłem z oczu chatę dziadka, zawróciłem. Oddałem mamie pieniądze i powiedziałem: "Trzymaj pieniądze, ale później jeszcze pójdę w świat". Takie to były początki. Gdy miałem 13 lat, kolega w szkole zastanawiał się: "Jak to było, król Jagiełło pokonał pod Grunwaldem Krzyżaków, a tego głupiego zamku w Malborku nie mógł im zabrać?". Wpadliśmy na pomysł, by pojechać i zobaczyć go. Mieszkaliśmy wtedy w Tczewie. Problem w tym, że wówczas Malbork leżał za granicą, na terenie Niemiec. Przepłynęliśmy Wisłę wpław. Do Malborka mieliśmy 16 kilometrów. Doszliśmy pod zamek. Stwierdziliśmy, iż rzeczywiście trudno było królowi zdobyć taką twierdzę. Gdy tak rozmawialiśmy po polsku, usłyszał nas policjant, zaczął wypytywać, a potem zabrał na posterunek. Zadzwonili po ojca, aby mnie odebrał, i wystawili rachunek: 50 marek, czyli prawie 100 ówczesnych złotych. Była to równowartość dobrej pensji, np. nauczyciela. Myślałem, że ojciec spierze mnie na kwaśne jabłko. Ale nie, nie powiedział słowa. Rozumiał, że mnie ciągnie w świat...

Marzenie zrealizował Pan dopiero po upadku PRL?
- Tak, od lat 90. zwiedziłem ponad 60 krajów. Byłem na wszystkich kontynentach. Podróżowaliśmy wraz z żoną m.in. do Chin, Seszeli, USA, Peru, Boliwii itd.

To chyba nie jedyna Pańska pasja. O harcerstwie też Pan nie zapomniał po wojnie?
- Do dziś jestem harcerzem, nawet jeżdżę na obozy. Organizujemy ogniska, m.in. przy pomocy wojska, i udajemy młodzików... (śmiech). Wiem, czym jest harcerstwo. Niestety, dziś także harcerstwo nie działa już tak, jak przed wojną.

W książce "My i Niemcy" stawia Pan m.in. tezę, że to odrzucenie Boga przez większość Niemców było głównym powodem powstania zbrodniczej ideologii i rozpętania przez ten kraj dwu wojen światowych. Dlaczego tak Pan uważa?
- By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba poznać mentalność i moralność Niemców nie od czasów Hitlera, ale wiele wieków wcześniej. Drang nach Osten zaczął się kilkaset lat wcześniej. Zaś grunt pod poglądy Hitlera był przygotowywany kilkadziesiąt lat wcześniej. Hitler nie podbił Niemców, to ich moralność go zrodziła. On był ostatnim pionkiem w historii. Ale wszystkie wcześniejsze także zmierzały do zniszczenia Polski i Polaków. W 1884 r. znany niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche napisał: "W przyszłości będzie chodziło o to, aby uzyskać ową ogromną energię wielkości, by na drodze hodowli, a z drugiej strony na drodze unicestwienia milionów nieudanych ludzi, ukształtować nowego człowieka". Za tych nieudanych uważali m.in. Polaków, a za tych udanych - siebie. Hitler i jego ludzie mieli w ten sposób już gotowy podkład filozoficzny dla swoich planów. Rudolf Hess, zeznając przed warszawskim sądem, powiedział, iż w sztabie Himmlera w Berlinie opracowano plan, by po zwycięskiej wojnie narody słowiańskie, przede wszystkim polski, biologicznie wytępić w Auschwitz-Birkenau. Dlatego niemiecki publicysta żydowskiego pochodzenia Ralf Giordano nazwał plany stworzenia wolnej od Słowian Europy Środkowej "nieżydowskim drugim holokaustem". Właśnie ten holokaust był jeszcze bardziej przerażający, bo zmierzał do wymordowania nie kilku, ale ok. 50 mln ludzi.

Ostrzega Pan przed próbami relatywizacji niemieckiej odpowiedzialności za II wojnę światową. Jak w takiej sytuacji powinniśmy budować relacje z tym krajem na początku XXI wieku?
- Niemcy w ciągu ostatnich 200 lat rozpętały kilka wojen. Po pokonaniu ich w II wojnie światowej alianci ustalili, że trzeba przekształcić Niemcy w kraj rolniczy. Jednak gdy ZSRS zaczął zagrażać Zachodowi, zarzucono ten plan i postanowiono odbudować gospodarkę niemiecką, głównie dzięki planowi Marshalla, aby stworzyć przeciwwagę dla Sowietów. W ten sposób powstało silne państwo. Tymczasem to jest kraj, który w swej historii ciągle groził innym, bo zawsze było mu mało ziemi. Teraz, gdy mają mniej ziemi niż przed wojną, a mają o 20 mln ludności więcej niż przed wojną, nie jest im ciasno. Niestety, coraz większy posłuch ma tam Związek Wypędzonych (BdV) i Erika Steinbach. Na spotkania związku przybywają przedstawiciele najwyższych władz RFN, m.in. prezydent i kanclerz Niemiec. Władze przyznają odpowiednie wsparcie finansowe na paskudną, krecią robotę BdV i Steinbach. Niestety, trzeba powiedzieć, że Niemcy nigdy nie byli do końca schrystianizowani. Żaden inny kraj nie ma takich słów w swoim hymnie, jak "Niemcy, Niemcy ponad wszystko". Ich wielki poeta Johann Wolfgang von Goethe powiedział o Niemcach i ich losie: "Często odczuwałem gorzki ból, zastanawiając się nad tym, że lud niemiecki tak bardzo zasługuje na szacunek jako poszczególne jednostki, a tak marny jest jako całość". Ja widzę jednak w tym sprzeczność, bo jeśli indywidualni obywatele są dobrzy, cały naród również powinien taki być. "Niemcy powinni stanowić wzór" - mówi dalej Goethe. "Wielcy dzięki rozumowi i miłości, pojednaniu i duchowi, gdyż pojednanie jest duchem. To właśnie jest nam potrzebne, a nie uważać się za wyjątkowy naród i ogłupiać niedorzecznym samouwielbieniem, a nawet głupotą o panowaniu nad światem" - stwierdza Goethe.

Wróćmy jeszcze do chrześcijaństwa. Ostrzega Pan w swoich książkach przed odrzucaniem religii jako fundamentu naszej cywilizacji. Dziś Unia Europejska usiłuje odcinać te korzenie...
- Odrębność narodów słowiańskich polega na tym, że mamy coś, co nazywam duchową jaźnią, która zaniknęła już na Zachodzie wraz z kultem pieniądza. Gdy przyjęto nas do Unii Europejskiej, nasze władze chciały przekazać tę jaźń Zachodowi na zasadzie: możemy od was przejąć gospodarność, a wy możecie od nas wziąć właśnie tę jaźń duchową, ważniejszą od pieniędzy. Niestety, u nas ta duchowa formacja już zanika, na Zachodzie dawno zanikła. Unia nie chce słyszeć, by przejąć od nas wartości duchowe, które w pogoni za pieniądzem w Unii są w odwrocie. Jeśli to się nie zmieni, kraje europejskie utopią się w tym marazmie pogoni za pieniędzmi i pracy dla pieniędzy.

Dziękuję za rozmowę.

Nasz Dziennik
19-20 lipca 2008, Nr 168 (3185)