jesteś na: Strona głównaO Rotmistrzu...

Misja druha Witolda

2012-11-07



 

Witold Pilecki znalazł się w niemieckim obozie koncentracyjnym i obozie zagłady Auschwitz-Birkenau dobrowolnie, w wyniku świadomie podjętej decyzji uzgodnionej z dowódcami konspiracyjnej Tajnej Organizacji Wojskowej, której był współzałożycielem. Zważywszy na fakt, czym było Auschwitz, decyzję Pileckiego - powziętą w interesie braci i sióstr cierpiących głód, ból i upokorzenie - należy uznać za heroiczną. Można powiedzieć więcej: to była decyzja człowieka świadomie dążącego do świętości - co by potwierdzały ostatnie lata życia i męczeńska śmierć. Człowieka działającego jako narzędzie Bożej Opatrzności.

W czwartek, 19 września 1940 r., "Witold" (takiego pseudonimu używał w organizacji) dał się schwytać Niemcom podczas łapanki w Warszawie przy al. Wojska Polskiego 40. Miał przy sobie pieczołowicie przygotowane fałszywe dokumenty. Teraz był Tomaszem Serafińskim, byłym polskim żołnierzem. Swojego nowego "życiorysu" uczył się starannie na pamięć, by nie przyłapano go i niczego nie podejrzewano. Życiorys musiał być "zrównoważony": nie taki, za który mogli zabić, i nie taki, by wypuścili... Musiał być w sam raz. Ot, taki, by zasłużyć na obóz i niemiecką "resocjalizację".
Tu pojawia się refleksja: przez całe lata miliony Polaków pasjonowały się zmyślonym życiorysem sowieckiego agenta występującego jako Hans Kloss z tandetnym scenariuszem tej bzdurnej opowieści ("Schowaj, durniu, tę pukawkę" - i on chował...). Zmyślony Kloss ma dziś swoje muzeum i tysiące bezmyślnych fanów licytujących się, który z nich spędził najwięcej godzin, oglądając swojego idola. Podobno rekordzista obejrzał serial ponad 50 razy... Rotmistrz Witold Pilecki "Druh" miał życie przypominające gotowy scenariusz filmu - prawdziwego, niekonsultowanego z Głównym Zarządem Politycznym sowieckiego wojska polskiego ani z Głównym Urzędem Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk. Jednak Pilecki nie ma w wolnej Polsce ani muzeum, ani dobrego filmu fabularnego (poza schematycznym, pozbawionym wyrazu i nieprawdziwym w wielu sprawach spektaklem TVP, o którym mało kto pamięta). Ulice rotmistrza Pileckiego trzeba radnym w Koszalinie i we Wrocławiu "wyrywać z gardła". Wolą Gwardię Ludową czy pruską promenadę, bo bulwar rotmistrza Witolda Pileckiego "nie brzmi apetycznie" - jak się wyraził pewien internauta cytowany przez Tadeusza M. Płużańskiego.

W otchłani zła

W obozie groziła mu śmierć nie tylko z ręki kapo czy z powodu choroby wywołanej niedożywieniem, ciężką pracą i warunkami pobytu. Ryzykował rozpoznanie, co też oznaczałoby natychmiastową śmierć. Wielu ludzi znało przecież "Druha" (jego drugi pseudonim) z widzenia i z nazwiska.
Trafił do Auschwitz w nocy z soboty na niedzielę 21/22 września 1940 roku. To była najczarniejsza niedziela w jego dotychczasowym życiu. Tak ją wspominał: "Transport wtacza się na bocznicę kolejową w Oświęcimiu. Noc. Wagony zostają otwarte. W świetle reflektorów za pomocą bicia pałkami opróżnia się wagony. Wokół stoją Niemcy w czarnych mundurach. Krzyki Niemców, jęki bitych i szczutych psami więźniów, strzelanina. Wydawało mi się, że znalazłem się w samym piekle".
To było piekło i koniec świata dla jego współtowarzyszy. Jego siłą była natomiast misja. Mimo piekielnego otoczenia miał świadomość, że ta niedziela jest dopiero początkiem nowej drogi, tej najważniejszej w całym dotychczasowym życiu. Był żołnierzem z krwi i kości, żądnym nowych wyzwań i - co tu dużo mówić - chwały również. Był harcerzem. Nie lekceważyłbym doświadczeń harcerskich naszego "Druha". Ksiądz Wincenty Stefan Frelichowski, również harcerz, tak jak Pilecki więzień obozu koncentracyjnego, tyle że w Dachau, napisał kiedyś w porywie serca: "Państwo, którego wszyscy obywatele byliby harcerzami, a polskie szczególnie, ma takie środki, pomoce, że kto przejdzie przez jego szkołę, to jest typem człowieka, jakiego nam teraz potrzeba". Prorocze słowa! Obydwaj druhowie poświęcili się służbie dla upokorzonych i uciemiężonych, bo pomoc słabszym to właśnie zadanie harcerza.
Druh Witold przybył do Auschwitz w ramach tzw. drugiego transportu warszawskiego złożonego z 1705 więźniów Pawiaka. Przybył we wczesnej fazie istnienia obozu, jeszcze nierozbudowanego do monstrualnej sieci miejsc pracy niewolniczej i miejsca zagłady. Planowanego wówczas jeszcze przede wszystkim dla Polaków, a nie dla Żydów. Ledwie 3 miesiące wcześniej, 14 czerwca 1940 r., przybył przecież do obozu pierwszy wielki transport polski z Tarnowa - 728 więźniów politycznych.

Tajna siatka

Witold Pilecki vel Tomasz Serafiński, więzień nr 4859, rozpoczął swoją misję w warunkach ekstremalnych, wymagających hartu ducha i heroizmu na co dzień. Musiał znaleźć odpowiednich ludzi do pracy konspiracyjnej, a jednocześnie spełnić podstawowy warunek: nie dać się zabić...
Nadrzędnym celem jego działania było założenie tajnej organizacji, która miała stworzyć wśród więźniów samopomoc; ratowanie ich - zwłaszcza tych niezbędnych w pracy konspiracyjnej - przed śmiercią, chorobą, dekonspiracją miało podtrzymywać ducha wytrwania i oporu. W decydującym momencie, w sprzyjających warunkach, organizacja miała opanować obóz, by nie pozwolić na jego "likwidację", czyli masowy mord na więźniach.
Zwraca uwagę dość wymowna nazwa: Związek Organizacji Wojskowej (ZOW). Kojarzy się ona z przedwojennymi jeszcze pracami Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza dotyczącymi dywersji pozafrontowej na wypadek przegranej wojny. Przewidywano w tej sytuacji tworzenie tajnych organizacji wojskowych. Rotmistrz Pilecki był więc żołnierzem Wojska Polskiego nawet w obozie! W listopadzie 1941 r. dowódca główny AK, gen. Stefan Rowecki "Grot", awansował go do stopnia porucznika (awans na rotmistrza w listopadzie 1943 r.) za gorliwą służbę i perfekcyjne wykonanie zaplanowanych działań. Za wypełnienie ważnych zadań o znaczeniu wojskowym w obozowym pasiaku i na chwiejących się nogach!
Druh Witold i jego współtowarzysze niedoli w obozowych warunkach powołali do życia organizację tworzoną przez ludzi z całego obozu, bez których późniejsza ucieczka Pileckiego byłaby niemożliwa. Organizacja przygotowywała raporty dla Armii Krajowej o sytuacji w obozie. Raporty, z których na Zachodzie zrobiono niewielki użytek, ale na to determinacja i siła ducha konspiratorów nie miały już żadnego wpływu.
Sprawozdania-meldunki dotyczące zbrodni ludobójstwa w Auschwitz organizacja Witolda Pileckiego przesyłała do Warszawy przez obozowe pralnicze komando i do zachodnich aliantów przez komórkę "Anna" w Szwecji. Także za pośrednictwem uciekinierów, jeśli były to ucieczki zaplanowane przez ZOW, takie jak np. Wincentego Gawrona i Stefana Bieleckiego w maju 1942 r. oraz Eugeniusza Bendera, Kazimierza Piechowskiego i Stanisława Jastera miesiąc później. W kwietniu 1943 r. przyszła pora na ucieczkę Pileckiego razem z Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim. Pora najwyższa, groziła mu bowiem dekonspiracja. Misja druha Witolda była wypełniona, do wykonania reszty zadań pozostawiał w obozie rozwiniętą, skutecznie działającą sieć konspiracyjną.

Po drugiej stronie drutów

Józef Garliński ps. "Long" z Komendy Głównej AK był także więźniem Auschwitz. Przeżył. Po wojnie napisał: "Mogłoby się wydawać, że Oświęcim był ostatnim miejscem, w którym mógłby powstać ruch oporu. Któż bowiem mógłby do niego należeć? Zagłodzeni, popędzani kijami, wiecznie głodni, słaniający się na nogach ludzie, których jedynym marzeniem była dodatkowa łyżka zupy i ukradziona godzina snu?". Tak, tacy też mogli do niego należeć. Pod warunkiem, że mieli przewodników, którzy w wieku młodzieńczym przyjęli za swoje słowa przyrzeczenia, że "harcerz służy Bogu i Polsce", że "w każdym widzi bliźniego", że "postępuje po rycersku", że "jest czysty w myśli, mowie i uczynkach"... Którzy w wieku męskim przyrzekali walkę "aż do ofiary życia mego".
"Mam opisać możliwie suche fakty, jak tego chcą moi koledzy" - pisał już po ucieczce z obozu rotmistrz Pilecki, rozpoczynając swój "Raport Witolda". "Spróbuję więc, lecz człowiek przecież nie był z drewna. Już nie mówię z kamienia - chociaż wydawało się, że i kamień nieraz musiałby się spocić. Czasami więc wśród podawanych faktów będę jednak wstawiał myśl wyrażającą to, co się czuło. Nie wiem, czy koniecznie ma to obniżać wartość napisanego. Nie było się z kamienia - często mu zazdrościłem. Miało się jeszcze ciągle bijące, czasem w gardle, serce, kołaczącą gdzieś myśl, czasami łapałem ją z trudem"... Bez tego serca Witold nie byłby Witoldem.
Druh Witold kończył swój raport wrażeniami z wolności. Nie żałował gorzkich słów. Tę część raportu należałoby dedykować każdemu z nas - ludziom żyjącym prawie 70 lat później - bo nic nie straciły na aktualności: "Teraz chciałem jeszcze powiedzieć, co czułem w ogóle wśród ludzi, gdy się znowu pomiędzy nimi znalazłem, wracając z miejsca, o którym naprawdę można powiedzieć: 'Kto wszedł, ten umarł. Kto wyszedł, ten się narodził na nowo'. Jakie wrażenie odniosłem nie wśród tych najlepszych lub najgorszych, lecz w ogóle w całej masie ludzkiej po powrocie do życia na ziemi. Czasami wydawało mi się, że chodząc po wielkim domu, otworzyłem nagle drzwi do jakiegoś pokoju, gdzie są same dzieci... Tak, był przeskok zbyt wielki w tym, co dla nas było ważne, a co za ważne uważają ludzie, czym się kłopoczą, cieszą i martwią. Lecz to jeszcze nie wszystko... Zbyt widocznym stało się teraz powszechne jakieś krętactwo. Biła wyraźnie w oczy jakaś praca niszcząca nad zatarciem granicy pomiędzy prawdą a fałszem. Prawda stała się tak rozciągliwa, że naciągano ją, przysłaniając wszystko, co ukryć było wygodniej. Skrzętnie zatarto granicę pomiędzy uczciwością a zwykłym krętactwem. Nie to jest ważne, co napisałem dotychczas na tych kilkudziesięciu stronach, szczególnie dla tych, co będą je czytać li tylko jako sensację, lecz tutaj chciałbym pisać tak wielkimi literami, jakich nie ma, niestety, w maszynowym piśmie, żeby te wszystkie głowy, co pod pięknym przedziałkiem mają wewnątrz przysłowiową wodę i matkom chyba tylko mogą dziękować za dobrze sklepione czaszki, że owa woda im z głów nie wycieka - niech się zastanowią głębiej nad własnym życiem, niech się rozejrzą po ludziach i zaczną walkę od siebie, ze zwykłym fałszem, zakłamaniem, interesem podtasowanym sprytnie pod idee, prawdę, a nawet wielką sprawę"...

* * *

KL Auschwitz-Birkenau był największym niemieckim obozem koncentracyjnym i obozem zagłady na świecie. Zgładzono tu ponad milion ludzi z Polski, Austrii, Belgii, Czechosłowacji, Danii, Francji, Grecji, Holandii, Jugosławii, Luksemburga, Niemiec, Norwegii, Rumunii, Węgier, Włoch, Związku Sowieckiego, Hiszpanii, Szwajcarii, Turcji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Polska organizacja oporu działała - dzięki druhowi Witoldowi - już od jesieni 1940 roku. To dzięki Polakom powstała także później, od roku 1943, tajna organizacja międzynarodowa. Auschwitz-Birkenau jest obecnie Pomnikiem Męczeństwa Narodu Polskiego i Innych Narodów. Jest międzynarodowym miejscem pamięci, z Międzynarodowym Pomnikiem Męczeństwa. Tylko dla druha Witolda ciągle brakuje tam godnego miejsca, zresztą tak w całej Polsce, jak i w "zjednoczonej" Europie, która nie życzyła sobie, by wymieniać jego nazwisko przy okazji rezolucji potępiającej totalitaryzmy odpowiedzialne za nieszczęścia II wojny światowej i za zbrodnie powojenne. Trzeba go nieustannie przypominać i upominać się o należne mu miejsce. Trzeba, by był w naszych sercach.

Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk
Nasz Dziennik

14 czerwca 2010, Nr 136 (3762)